Herbarz profesora Grzegorza Błaszczyka jest bez wątpienia jednym z największych współczesnych projektów poświęconych historii szlachty żmudzkiej. Sześć tomów, około 3300 stron, ponad 1800 haseł — już sama skala pracy czyni ją znaczącym zjawiskiem w historiografii.
Sam autor określa swoje dzieło jako program badania dziejów szlachty Żmudzi od końca XIV do XIX wieku. Jednak skala nie oznacza metodologicznej bezbłędności. I właśnie tutaj pojawia się zasadnicze pytanie: w jakim stopniu ten herbarz może być używany jako narzędzie naukowe, a w jakim jedynie jako heurystyczny przewodnik?
Baza archiwalna jako mocna strona
Najsilniejszą stroną pracy Błaszczyka jest baza źródłowa. Autor opiera się na:
- Metryce Litewskiej;
- księgach ziemskich i grodzkich;
- wywodach szlacheckich XVIII–XIX wieku;
- lokalnych aktach i dokumentach majątkowych.
To właśnie ta część Herbarza czyni go cennym narzędziem dla badaczy. W tym sensie Błaszczyk kontynuuje klasyczną szkołę genealogii źródłowej: najpierw ustala obecność rodu w dokumentach, a następnie rekonstruuje jego linie. Jako kartoteka wzmianek i lokalizacji — praca jest niezwykle cenna. Problemy zaczynają się jednak tam, gdzie autor przechodzi od dokumentu do interpretacji.
Onomastyka jako najsłabsza część herbarza
Najbardziej podatnym na krytykę elementem pracy jest etymologia nazwisk. To właśnie tutaj Błaszczyk często wychodzi poza właściwą metodę historyczną i wkracza w obszar językoznawstwa historycznego, nie zawsze zachowując należytą ścisłość.
Główne problemy sprowadzają się do trzech kwestii.
1. Ignorowanie zasady wielości etymologii
Nazwisko rzadko ma jedno oczywiste pochodzenie. Zwłaszcza w przestrzeni Wielkiego Księstwa Litewskiego, gdzie antroponimia kształtowała się na styku tradycji bałtyckiej, rusińskiej i polskiej. U Błaszczyka często widoczna jest tendencja do wybierania jednej linii pochodzenia jako preferowanej, bez pełnego rozważenia alternatyw.
Charakterystycznym przykładem jest nazwisko Gabszewicz / Gapszewicz.
Błaszczyk rozpatruje je wyłącznie przez bałtycką formę Gabszys, interpretowaną jako „człowiek chciwy”, opierając się na rekonstrukcjach Zigmasa Zinkevičiusa. Całkowicie pomija jednak znacznie bardziej oczywistą bazę chrześcijańsko-antropomimiczną. Imię Gabriel było szeroko rozpowszechnione w środowisku szlacheckim i mieszczańskim Rzeczypospolitej. Formy takie jak Gabryś, Gabruś, Gabrysz mogły w sposób całkowicie naturalny stać się podstawą nazwiska Gabszewicz.
Tym bardziej dziwi fakt, że Błaszczyk, uznając produktywność imienia Gabriel jako bazy dla innych nazwisk szlacheckich (np. Gabryjałowicz), w przypadku Gabszewicz nawet nie rozważa możliwości pochodzenia patronimicznego. Z punktu widzenia onomastyki historycznej to właśnie taka wersja powinna być badana w pierwszej kolejności — jako prostsza, lepiej poświadczona i bardziej prawdopodobna.
2. Niedostateczne wykorzystanie leksykografii wschodniosłowiańskiej
Jest to szczególnie widoczne w przypadku nazwisk rozpowszechnionych na obszarze dzisiejszej Białorusi. W wielu przypadkach bardziej przekonujące wyjaśnienia znajdują się w Этымалагічны слоўнік беларускай мовы ("Słownik etymologiczny języka białoruskiego"), ale nie są one uwzględniane lub bywają ignorowane. Powoduje to systematyczne przesunięcie interpretacji w stronę polsko-bałtycką.
Charakterystycznym przykładem jest nazwisko Rumsza / Rymsza.
Błaszczyk uznaje je za "bezwzględnie bałtyckie", łącząc z rdzeniem rum- za pośrednictwem rekonstrukcji Zinkevičiusa. Tymczasem etymologia białoruska notuje:
- румза (rumza) — „płaksa”;
- румзаць / рымзаць (rumzać / rymzać) — „płakać przerywanie i natarczywie”.
Mamy tu klasyczny model przezwiskowy, typowy dla antroponimii wschodniosłowiańskiej. Szczególnie ważne jest to, że wariantowość Rumsza / Rymsza dobrze koreluje z żywą dubletowością leksykalną. To wyraźnie wzmacnia interpretację przezwiskową.
Podobna sytuacja dotyczy nazwisk Żaga, Żagowicz, Żagiewicz.
Błaszczyk wywodzi je od bałtyckiego žagas. Tymczasem białoruska etymologia notuje жага (żaha) w znaczeniu „zgaga”, „pieczenie”, „wewnętrzne rozdrażnienie”. Dla antroponimii przezwiskowej taka baza jest całkowicie naturalna: żaga mogła łatwo przejść w określenie człowieka natarczywego, drażniącego — „takiego, od którego aż zgaga bierze”. Takie metaforyczne przesunięcia są bardzo produktywne w słowiańskim systemie przezwiskowym. Sama leksema ma szerokie paralelizmy słowiańskie i nie wymaga odwoływania się do głębszych rekonstrukcji substratowych.
Jeszcze bardziej wymowny jest przypadek Girdowicz / Gierzdowicz / Girdenowicz.
Błaszczyk uznaje to nazwisko za „najpewniej bałtyckie”, wiążąc je z kilkoma formami: gerdas, gerdauti, girdus. Jednak etymologia białoruska zna formy:
- гірдаць (hirdać) — „seplenić”;
- гердаць (hierdać) — „mówić niewyraźnie”.
To kolejny klasyczny schemat: wada wymowy → przezwisko → nazwisko. Właśnie taki model jest typowy dla antroponimii słowiańskiej i wymaga znacznie mniej rekonstrukcyjnych założeń.
Do tej samej grupy należy nazwisko Błuś.
Błaszczyk wywodzi je od bałtyckiego blusius — „człowiek mający wiele pcheł”, „mały, słaby człowiek”. Tymczasem etymologia białoruska notuje:
- блюзніць (bluźnić) — „kłamać”, „złorzeczyć”, „bluźnić”;
- блузніць (błuźnić) — „bredzić”, „mówić bez sensu”.
Starobiałoruskie zabytki pisane notują również formy блюзнити, блузнити, блюзнерца (bluznyty, błuznyty, bluznierca). Daje to kolejną całkowicie naturalną bazę przezwiskową: gaduła / kłamca / bluźnierca → przezwisko → nazwisko. I znów mamy do czynienia z wyjaśnieniem bardziej przejrzystym i typologicznie silniejszym, którego Błaszczyk w ogóle nie rozważa.
3. Przesunięcie od wewnętrznej bazy przezwiskowej ku interpretacji etnonimicznej lub substratowej
To chyba najbardziej charakterystyczna słabość. W herbarzach etymologia etnonimiczna bywa często postrzegana jako bardziej „szlachetna”: pochodzenie od narodu czy regionu brzmi bardziej prestiżowo niż pochodzenie od codziennego przezwiska. Etymologie substratowe również często wydają się „głębsze”, a przez to bardziej atrakcyjne. Ale etymologia naukowa nie ma obowiązku być prestiżowa.
Szczególnie wymowny jest przypadek nazwiska Mazurowicz.
Błaszczyk wywodzi je jako patronimiczne pochodne od Mazur, łącząc samą bazę Mazur z polskim etnonimem pochodzącym od Mazowsza. Taka wersja sama w sobie jest możliwa. Nie jest jednak jedyną prawdopodobną. "Słownik etymologiczny języka białoruskiego" notuje "мазур" ("mazur") w znaczeniach: „człowiek z zabrudzoną twarzą, brudny”; „śniady”. Daje to naturalną bazę przezwiskową. W takim wypadku schemat wygląda następująco: mazać → mazur → Mazurowicz. Co więcej, według Borisa Unbegauna nazwiska patronimiczne na -owicz / -ewicz w tradycji wschodniosłowiańskiej bardzo często powstawały właśnie z bazy przezwiskowej. W tym świetle wersja przezwiskowa wydaje się typologicznie silniejsza, podczas gdy etnonimiczna wymaga dodatkowych dowodów.
Szczególnie mocny jest tutaj przykład Gruźdź / Gruzdowicz.
Błaszczyk wywodzi to nazwisko od bałtyckiego grugdas („łysy”). Tymczasem tradycja wschodniosłowiańska zna грузьдзь (gruźdź) — nazwę grzyba o wyłącznie słowiańskim pochodzeniu. Według Borisa Unbegauna podobne nazwiska należą do jednego z najstarszych pokładów przedchrześcijańskiej antroponimii przezwiskowej, gdzie baza rodowa tworzona była od nazw zwierząt, roślin, przedmiotów i zjawisk naturalnych: Tur, Wilk, Żuk, Żaba, Ślizień. W tym kontekście Gruźdź jawi się nie jako przypadkowy wyjątek, lecz jako część głębokiej słowiańskiej tradycji antroponimicznej.
Żmudź nie znosi wielojęzyczności
Najbardziej przewidywalny kontrargument wobec takiej krytyki jest oczywisty: mowa przecież o szlachcie żmudzkiej, a więc etymologie bałtyckie powinny mieć tu większe prawdopodobieństwo.
Na pierwszy rzut oka brzmi to przekonująco. Ale właśnie tutaj kryje się pułapka metodologiczna. Żmudź XV–XVIII wieku nie była izolowaną bałtycką wyspą językową. Była przestrzenią intensywnego współdziałania kilku tradycji antroponimicznych:
- bałtyckiej;
- rusińskiej;
- polskiej;
- łacińskiej kultury pisanej.
Szlachta Wielkiego Księstwa Litewskiego jako całość, a żmudzka w szczególności, nigdy nie rozwijała się w etnicznie hermetycznym środowisku. Małżeństwa, służba, nadania ziemskie, migracje wewnętrzne, rusinizacja kancelaryjna, późniejsza polonizacja — wszystko to tworzyło złożoną, wielojęzyczną warstwę antroponimiczną. Dlatego sama lokalizacja rodu na Żmudzi nie dowodzi jeszcze niczego w kwestii etymologii nazwiska. To kwestia zasadnicza.
Ród odnotowany na Żmudzi w XVI wieku wcale nie musi mieć imienia czy nazwiska pochodzenia bałtyckiego. Mógł:
- pochodzić ze środowiska rusińskiego;
- mieć imię chrześcijańskie jako bazę nazwiska;
- zachowywać dawne pochodzenie przezwiskowe, które utraciło przejrzystość;
- zostać wtórnie zaadaptowany do bałtyckiego środowiska fonetycznego.
To właśnie tutaj pojawia się kluczowy błąd założenia: lokalizacja rodu zastępuje pochodzenie imienia. A to nie jest to samo. Jeśli sam fakt żmudzkiej lokalizacji uznać za wystarczającą podstawę dla etymologii bałtyckiej, badacz wpada w błędne koło: ród żmudzki — więc imię bałtyckie; imię bałtyckie — więc ród autochtoniczny. Taka metoda niczego nie dowodzi — jedynie reprodukuje pierwotne założenie.
Dlatego substrat bałtycki na Żmudzi powinien być bezwzględnie uwzględniany jako ważny czynnik, ale nie jako automatyczna presumpcja. Inaczej przestaje być hipotezą, a staje się aksjomatem.
Wpływ bałtyckiej szkoły onomastycznej
Dodatkowym problemem jest wykorzystywanie przez Błaszczyka ustaleń Zigmasa Zinkevičiusa. Sam Zinkevičius jest niewątpliwie wybitnym historykiem języka. Jednak jego rekonstrukcje etnoonomastyczne często cierpią na nadmiernie rozszerzającą interpretację substratu bałtyckiego. Kiedy Błaszczyk przejmuje takie rekonstrukcje bez krytycznego dystansu, przenosi ich słabości do własnego korpusu.
Jest to szczególnie niebezpieczne tam, gdzie mowa już nie o historii języka, lecz o pochodzeniu rodów szlacheckich.
Wniosek
Herbarz szlachty żmudzkiej pozostaje jednym z najważniejszych wydawnictw referencyjnych dotyczących dziejów szlachty żmudzkiej. Ale należy korzystać z niego z wyraźnym metodologicznym rozróżnieniem:
- część dokumentalna — wysoki stopień zaufania;
- rekonstrukcja genealogiczna — średni stopień zaufania;
- wyjaśnienia onomastyczne — niski stopień zaufania bez zewnętrznej weryfikacji.
Największym błędem czytelnika jest traktowanie herbarza jako ostatecznej prawdy. Największym błędem autora — pisanie czasem tak, jakby hipoteza już stała się faktem. A pomiędzy tymi dwoma błędami rodzi się mit historyczny.





